wtorek, 10 września 2013

Riese z cyklu nie do wiary

W mailach otrzymuję zapytania o tematy zahaczające o tak zwane zjawiska określane jako "paranormalne" dziejące się na terenie Gór Sowich.

Cóż mi laikowi w tych sprawach odpowiedzieć ?
Może na początek wstawię link do wywiadu ze Stanisławem Barskim.
http://www.youtube.com/watch?v=bTzL3e5fSAI&feature=youtu.be

Uważam że P.Barski dosyć trafnie określił pojmowanie tych zdarzeń, że podejście do spraw logicznie nie wytłumaczalnych działa na zasadzie psychologicznego wyparcia.

Uważam również, że nie przyjmowanie pewnych spraw do świadomości ludzkiej wynika również z braku wiedzy w temacie możliwości technicznych jakie mogą w takich wypadkach występować.
Stwierdzam to na podstawie własnego życia oraz tego co w nim obserwowałem.
To co było w latach 60 daleką fantazją i opisywane było w książkach SF jako fantazja, która może lecz nie musi być zrealizowana i nie istniała w powszechnej świadomości tamtejszych czasów, jest dzisiaj normalnością i rzeczywistością nie mającą nic wspólnego z fantazją a tym bardziej z SF, lecz ze stanem zaawansowania zarówno nauki jaki i idącymi w ślad za nią możliwościami współczesnej technologii..

W latach 60 kiedy na jedną klatkę schodową przypadał czarno biały telewizor z zakładaną później kolorową szybką w kolorowe paski :) ciekłokrystaliczny panel zwijany do kieszeni to była fantazja rodem z filmów SF. Tu mogę sypać tysiącem przykładów. Można się o tym w prosty sposób przekonać idąc do biblioteki i czytając książki SF z tamtych lat.

A przecież to było nie tak dawno to kwestia tylko jednego pokolenia, kilkadziesiąt lat wstecz. W latach 60 jak by ktoś przede mną pojawił się nagle i zniknął to wziął bym to za paranormalne czary, a jak bym poleciał z tym do prasy to zrobiono by ze mnie nienormalnego podlegającego leczeniu w psychiatryku.
Dzisiaj mając inny stan wiedzy i wiedząc o możliwościach technologicznych nano- technologii, rozpatrzył bym to pod kątem zastosowania takiej technologii. Po prostu zmienił się stan mojej wiedzy.

Czyli powracając do zjawisk niewytłumaczalnych , bywały takie wcześniej, i zapisane są w dziennikach Hochbergów, miały miejsce okaleczenia bydła w okolicach Łomnicy.
B
 Były też inne obserwacje.



Co do moich własnych doświadczeń to było takie jedno wydarzenie bodajże w roku 2008.
Idąc od strony ujęć wodnych w Ludwikowicach na Włodykę w odległości jakoś tak 150 m przede mną drogę przebiegła na skraju lasu " czarna puma" , tak to mogę określić i tak to zaobserwowałem.
Trwało to krótko bo to było parę skoków z lewej strony drogi po odkrytym terenie przez drogę i zaraz w zboże, razem może z 15 sekund.
Czemu mówię że " puma", bo sposób przemieszczania się był koci, posiadało to długi ogon widoczny z takiej odległości i było duże.
Zawsze byłem posiadaczem psów i do dzisiaj jestem, więc wiem jak się porusza w biegu pies. Dlatego stwierdziłem że to "czarna puma".
Zrobiło mi się dziwnie i w związku z tym przystanąłem a nawet zacząłem schodzić w stronę wioski lecz nadjechał gospodarz na wozie więc wsiadłem na wóz i razem pojechaliśmy na betonówkę bo jechał na Fabryczną .

Dlaczego dziwnie , a bo w kieszeni opinelek na pomidorki, szczere pole, pusto głucho a tu widzę sporego drapieżnika, który w Polsce nie występuje.
Były i inne przypadki, jeden z nich był chyba w 2011r  kiedy wierciliśmy jeden z obiektów od strony Sobonia, tam też się zrobiło w pewnym momencie jakoś nie wyraźnie kiedy coś przemknęło wielkości człeka po drodze z 60m od nas, ja siedzę cicho a kolega pyta .... Ty widziałeś to co ja ??. Ano widziałem, lecz to przemknięcie to było jak by ktoś film przyspieszył . Takie tam przypadki z cyklu "nie do wiary" :).

To co widzimy na tym filmie to nie pierwszy przypadek w Polsce i myślę że nie ostatni. Tłumaczenie w takim wypadku, że to psy lub "puma" nie ma żadnej podstawy. Wystarczy spojrzeć na rany i wszystko jasne. Nie trzeba być weterynarzem. A powiedzieć coś ludziom trzeba, przecież nikt nie wyjdzie i nie powie ...podejrzewamy kosmitów :). Trzeba jakoś to włożyć w powszechne pojmowanie rzeczywistości, a rzeczywiste są psy lub "pumy" które uciekły skądś tam.

Jest jeszcze jedna sprawa dotycząca obserwacji, pamiętam jak z NRD szedł przez Polskę swego czasu wilk z chipem. Poruszał się po granicach województw przez tereny nie zamieszkałe, przeszedł całą Polskę i poszedł w okręg Kaliningradu. Nikt w Polsce go nie widział , i nie było żadnych doniesień bo było to sprawdzane. Gdyby nie chip to nikt by nawet nie wiedział że tu u nas był.
Wniosek z tego taki że jak się coś lub ktoś trzyma terenów nie zamieszkałych i unika ludzi to może przejść spory obszar nie zauważony.

Tak na marginesie dodam, że zaciekawił mnie w tym filmie wątek użycia jakiś fal elektromagnetycznych do sparaliżowania woli.
Czemu o tym piszę, ponieważ w pobliżu działało w czasie II WŚ wiele firm zajmujących się elektroniką i tak na prawdę to nikt do dzisiaj nie wie nad czym pracowano.

Kiedyś na ulicy w Łodzi zdarzył się taki przypadek że gościu jadąc na prostej drodze przywalił w coś niewidocznego, potem zjechał na tory i zatrzymał się przed tramwajem stojącym akurat na przystanku.
Przypadkowy widz zrobił zdjęcia auta i tu ciekawostka, wgnieciona z góry maska auta, wgnieciony dach i jakiś dziwny kurz. Wyglądało to tak jak by uderzył w coś co spadło na maskę potem poleciało na dach. Na jednym ze zdjęć było coś takiego na tylnej szybie:

Tu do poczytania więcej dziwnych sprawek :) :
http://tropemzapomnianychmiejsc.blogspot.com/
To materiał o Gozdnicy
http://medartzasada.blogspot.com/
Dziwne obserwacje i.......

64 komentarze:

  1. Jako wniosek do tematu można przytoczyć skromną informację, że sama tylko oficjalna nauka, potwierdza co roku odkrycie przynajmniej kilkudziesięciu nowych gatunków roślin i zwierząt. Zatem jeszcze długo nie poznamy tego, co ugania się po lasach, bagnach, górach i wszelakich odludziach. Polecam przy okazji świetną książkę Leszka Kleczkowskiego i Sławomira Pikuły- "Poczet potworów letnich".Ale...
    Z tymi przypadkami "nie do wiary" w górach i lasach w sumie dość różnie. Mnie też kiedyś "wysondowało mózg" na Zakręcie Śmierci a w Rudawach, na Wielkiej Kopie widziałem kogoś (ewidentnie człekokształtny), kto albo się teleportował albo...skoczył w przepaść. Bo jakoś innej opcji po dziś dzień nie potrafię wyszukać (no chyba że to była tylko projekcja). A już opowieści nasłuchałem się co niemiara (i bynajmniej nie od D.K.) ;)
    Zaś odnośnie Chupacabry w Sowich? Hmm...w sumie nie oceniam pochopnie. Za rzadko tam niestety bywam ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Medart, napisał byś coś więcej o tym sondowaniu na zakręcie śmierci.

      Usuń
    2. Napiszę. Wszak to chyba mój topowy incydent z serii "paranormal", choć chupacabr i demonów w nim nie ma :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobnych opowieści na długie ognisko mam kilka.
    Swego czasu największe wrażenie na nas zrobiły ślady bosych dziecięcych stóp w pobliżu pewnego grodziska gdzie rzekomo "straszy" jak mawiali miejscowi. Listopad , noc , deszcz - pogoda w sam raz na poszukiwania z detektorem, by nikt postronny nie przeszkadzał a miejscówka na skraju lasu dość obiecująca.
    Patrol zaparkowany w krzakach, wyjście z auta i obczajka terenu , ale...w krzakach słychać płacz małego dziecka. Lisy? sarna? jaki czort? Obchodzimy teren by wybrać miejsce na szukanie detektorem, płacz cały czas słychać, szukamy więc dzieciaka - może jakiś zgubił się? Dochodzimy koleinami wyjechanymi przez terenówkę do auta. W świetle latarki na niedawnych śladach po oponach widać ślady bosych dziecięcych stópek. Idziemy za nimi. Ślady dochodzą do auta . Dzieciaka ani śladu. Tej nocy nie było już żadnego szukania, nigdy więcej też nie szukaliśmy w tym miejscu. Licho nie śpi..
    Jak mawiał mój Ś.P. kolega "nigdy nigdy nie wiesz co jest w lesie i nigdy się w lesie nie bój".

    OdpowiedzUsuń
  4. Druga historia - mały, ok 60cm krasnal widziany w lesie. Mieliśmy może po 10 lat, szwędaliśmy się bliżej i dalej, a czasu w tym wieku mieliśmy sporo. Drań wybiegł spod krzaku porzeczki. Krasnal jak malowany, z kumplami lekko zdezorientowani byliśmy co za diabeł, daliśmy nogę. Potem cały dzień upewnialiśmy się czy cała nasza trójka widziała to samo. Rok temu poznałem dwie osoby w wieku mocno średnim, które widziały podobnego karzełka w lesie. Z jednego zażartowałem, żeby więcej nie pił i nie ćpał by zbadać reakcję. Okazało się, że jest Jechowym i nie pije, a już na pewno "nie ćpie".
    Obraził się na mnie i nie wracał więcej do tematu. To tyle na szybkiego.
    Nie lubię przytaczać cudzych opowieści i wolę opisywać te przygody jakie sam miałem , a swoich kilka jeszcze w zanadrzu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Wojtku,
    Korzystając z okazji, chciałbym zapytać o sprawę, która nurtuje mnie od lat. Od lat bowiem podróżuję po Sudetach (no - w tej chwili mam pewną przerwę i oby tylko przerwę), a Góry Sowie to dla mnie pasmo szczególne. Tak szczególne, że nawet przed dwoma laty (wrzesień 2011) zlot mojego klubu motocyklowego zorganizowałem właśnie tu, chcąc "zarazić" kolegów klimatem tego miejsca.
    Pamiętam, że gdy przed laty (a był to rok 1992) trafiłem przed sztolnie pod Osówką - przed, bo żaden ze mnie eksplorator ;), a do środka jakoś się wejść nie odważyłem, a szkoda, bo może zobaczyłbym ówczesny wygląd obecnego uskoku na dwójce - o istnieniu obiektów naziemnych nie miałem jeszcze pojęcia. Do nich trafiłem dopiero około roku 2003, a później odwiedzałem jeszcze wiele razy...
    Co nieraz mnie nurtowało, to symboliczny grób studenta, Tomasza Kałuży, który w marcu 1993 roku zmarł w tym miejscu z zimna i wyczerpania, jak głosi napis na tabliczce na krzyżu.
    Pamiętam, że podczas jednej z moich niezliczonych wycieczek do kompleksu Osówka (były lata, że uczęszczałem do sztolni, tych udostępnionych, niestety nie w "trójce", po kilka razy w sezonie, a mam nadzieję, że jeszcze je nieraz odwiedzę, chociaż mieszkam kawałeczek od Sowich), pozostało około pół godzinki do wejścia grupy do wnętrza obiektu, w związku z czym, odszedłszy kawałek w kierunku "trójki", wspiąłem się po stromej ścieżce do drogi, dawnej trasy kolejki wąskotorowej, przebiegającej pomiędzy Kasynem, a Siłownią, aby nacieszyć oko widokiem tych jakże intrygujących budowli.
    Uprzedzę, że niesamowitych stworów po drodze nie spotkałem, natknąłem się natomiast na dwójkę turystów rozmawiających ze starszym (ok. 60-tki) człowiekiem, który okazał się być mieszkańcem pobliskiego Walimia. Było to w roku 2005-tym lub 2006-tym. Ponieważ stali właśnie na drodze nad Siłownią bezpośrednio nad grobem studenta i o nim właśnie zaczynali rozmawiać, przywitałem się i nadstawiłem uszu.
    I nie na darmo, bo usłyszałem dość ciekawą historię o dwójce studentów, nie będących raczej niedzielnymi wycieczkowiczami - bliżej im było do wytrawnych turystów, którzy w mroźne marcowe popołudnie 93-go roku znaleźli się właśnie tutaj.
    Według słów "miejscowego", studenci ci nie tyle zabłądzili czy też stracili orientację w drodze z Siłowni do Kasyna (bo prawdę powiedziawszy, ciężko się tu zgubić - oba obiekty oddalone są o przysłowiowy rzut beretem, ja na przykład będąc tu pierwszy raz ponad 10 lat temu w lecie, kiedy drzewa i krzewy posiadają liście, bez problemu z drogi widziałem obie budowle jednocześnie), co wpadli w panikę, która spowodowała, że jeden z chłopaków wdrapał się na drzewo, z którego przegonił go dopiero wieczorny mróz. Wtedy dopiero zszedł on na ziemię i pognał co sił w kierunku Walimia, gdzie zawiadomił spotkanych ludzi o koledze, który pozostał w górach.
    Naprędce zorganizowana akcja poszukiwawcza ujawniła ciało nieżyjącego już, zamarzniętego, Tomasza Kałuży. Studenta, który przeżył, długie przesiadywanie na drzewie kosztowało odmrożenia stóp, a nawet amputację palców.
    Tyle opowiadania lokalnego mieszkańca. Zaintrygowany, po powrocie do domu zacząłem kopać w sieci w poszukiwaniu materiałów na temat wypadku i istotnie - znalazłem kilka bardzo podobnych do zasłyszanego opisów. (cdn.)

    OdpowiedzUsuń
  6. (cd.)
    I tutaj nasuwa się pytanie - co tak naprawdę wydarzyło się w marcu 1993 pomiędzy Siłownią a Kasynem? Bo na mój, dodajmy, że o niezbyt wyśrubowanych możliwościach, rozum, dość niezwykłą rzeczą jest, że dwójka młodych, zdrowych, odpowiednio ubranych mężczyzn, traci orientację i zamarza z wyczerpania w miejscu, z którego udawszy się spacerkiem w dowolną stronę, po góra godzinie natrafiamy na ludzkie osiedla - mówię tu o najgorszym rozwiązaniu udania się na północ, w kierunku Włodarza, a potem Jugowic Górnych i Olszyńca. I skąd musieli iść, że w tym miejscu byli już tak wyczerpani? Dlaczego jeden z chłopaków wdrapuje się na drzewo, na którym siedzi do wieczora, a schodzi w ciemności na dół, tam gdzie przecież czai się to, przed czym uciekał, dopiero mając przed sobą perspektywę nocy (i pewnego zamarznięcia) w lesie? Dlaczego w końcu, tragicznie zmarły Tomasz, zamarza? Przecież to nie jest tak, że ktoś kładzie się na ziemi i czeka potulnie na koniec. Najpierw - wydaje mi się - trzeba stracić przytomność, na skutek np. zawału serca, urazu głowy, może rzeczywiście wyczerpania, ale może wyczerpania na skutek długotrwałego wysiłku, choćby biegu. Dopiero nie odzyskawszy przytomności człowiek może ulec krytycznemu wychłodzeniu i już się nie budzi - tak myślę.
    Oczywiście te wszystkie pytania mają sens jedynie w przypadku, jeśli zasłyszana opowieść jest prawdziwa, a nie stanowi legendy, którą obrósł dawno wyjaśniony wypadek. I tego właśnie chciałbym się dowiedzieć, gdyż od paru lat, a konkretnie odkąd organizowałem zlot motocyklowy na terenie Gór Sowich i osówkową opowieść chciałem wpleść w objazdówkę po okolicy, zauważyłem, że w sieci nie można (i tak jest do dzisiaj) znaleźć już informacji na ten temat - zupełnie jakby ktoś je pousuwał.
    A w świetle rozlicznych relacji (i ja mam niewytłumaczalnego cykora w niektórych miejscach w Górach i Sowich, i Kamiennych, i Wałbrzyskich) na temat spotkań z niewyjaśnionym, jak i z okazji niniejszego wątku, myślę, że warto o sprawę zapytać - a nuż nieszczęśni studenci natknęli się na coś, co ich wytrzymałość nerwową znacznie przerosło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do najbliższych zabudowań w Sierpnicy drogą mieli około 1600m. Ale poruszyłeś ciekawy temat z cyklu "ktokolwiek widział , ktokolwiek wie". A nie wie prawie nikt co tam się wtedy wydarzyło. Ja słyszałem tą samą opowieść, lecz nie pochodziła ona od milicjantów którzy musieli przybyć na miejsce i spisać jakiś protokół dla prokuratury.Ani nie widziałem takiego protokołu, a powinien w jakimś archiwum gdzieś być.

      Usuń
    2. Dodam jeszcze że nie jeden raz przebywałem w tym miejscu nocą bez źródła światła bo bywało i tak że zapędziliśmy się tam nie przygotowani, noc szybko jesienią zapada i ciemno jak u murzyna w d. Jak to w lesie, ciemno bez światła i złaziliśmy w dół, nie powiem aby to była sytuacja komfortowa. Może powiem też inaczej, bywałem tam z paroma osobami nocą i wszystko było OK do czasu kiedy przy tym krzyżu nie opowiedziałem tej historii, wtedy nastawienie ludzi się zmieniało momentalnie, zaczynali się czujnie rozglądać wokół i chcieli szybko stamtąd odejść. Więc myślę, że jest to po części też kwestia nastawienia psychicznego.

      Usuń
    3. Zdecydowanie tak! Odkąd po raz pierwszy usłyszałem tę historię, a było to właśnie na Siłowni - no - czuje się pewien dreszczyk podczas odwiedzania tego miejsca. Całkiem niedawno (z końcem czerwca) oprowadzałem znajomych po obiektach naziemnych Osówki i, zapytany, opowiedziałem im ową wersję wydarzeń. W drodze powrotnej do sztolni nr 2 pobili chyba rekord ;) A było niemalże południe.
      Jak pisałem poprzednio, jest też parę innych miejsc w Sowich i okolicach, gdzie jakoś dziwnie rozglądam się na boki. Należy do nich np. Włodyka i szeroko pojęty teren dawnej kopalni Wacław (no, może przed niedawną przebudową...). Podobnie jest na drodze 380 z Unisławia Śląskiego do Głuszycy, a konkretnie od Rybnicy Leśnej do Głuszycy - nieraz przejeżdżałem tam wieczorową porą i jakoś nie zatrzymałbym się tam na siusiu, choć nieraz potrzeba była poważna ;) Podobnie rzecz ma się z kompleksami na Gontowej i na Soboniu, pod Moszną na leśnej drodze łączącej kompleksy Osówka i Włodarz, a i podczas wieczornego przejazdu u stóp Twierdzy Srebrnogórskiej, czy przez Przełęcz Walimską (Jugowską właśnie nie, choć podobno tam straszy;) - niewytłumaczalny, a jednak dreszczyk. Być może podświadomość ukształtowana podprogowo przez liczne przekazy z książek i sieci.
      Znaczenie ma tu również fakt, że standardowi turyści ograniczają się z reguły do miejsc ogólnodostępnych zwiedzanych z przewodnikami, a w tych, które wymieniłem, jest przeważnie pusto - z rzadka trafi się jakiś wędrowiec...

      Usuń
    4. A - zapomniałem dodać, że jednak zawsze fascynacja wygrywa ze strachem - po Górach Sowich i Sudetach w ogólności mógłbym włóczyć się bez końca :)

      Usuń
  7. Co do Niewidzialnych Nieznanych Obiektów latających polecam - http://wszechocean.blogspot.com/2013/09/iufonnol-niewidzialne-ufo-nad-jordanowem.html. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro niewidzialne ufo, to kto je widzial? To pewnie cud...

      Usuń
  8. Poruszona została kategoria "opowieści dziwnej treści" :-D Nie że jestem całkiem sceptyczny bo uważa się że są tematy które mózg rozmiękczają :) Jak wiemy jeden blog na pewno specjalizuje się w takich doniesieniach i relacjach tzw.naocznych świadków niebywałych wydarzeń.Zgoda co do tego że nie wszystko jest tym czy wydaje się że jest.Zawsze byłem posiadaczem kota i nadal jestem dlatego wiem jak się porusza kot :) więc być może zwierzę które ujrzałeś przypominało Ci w ruchach kuguara skądinąd pięknego przedstawiciela kotowatych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paul, nie dam się namówić na kangura :), to był wielki czarny kot. Poruszał się skokami na czterech łapach to raz, a dwa że łeb był koci i ogon koci. Odległość nie była duża bo jakieś 150m.

      Usuń
    2. Powiedział kuguar a nie kangur!!! :(

      Usuń
    3. Jasne że tak napisał :-). A ja się na kangura namówić nie pozwolę ;-).

      Usuń
  9. Poczatek ogladnalem programu z linku. I moge napsac, ze czlowiek ten sam nakreca sie w tych roznych opowiadaniach.
    Jesli on tym zyje, to nie moze byc inaczej jak to, ze sam widzi to co chce widziec.
    To podobnie jak komentator tego forum Jusif.
    Moim zdaniem to lobuzerski wybryk mlodziezy, grupy ludzi dla zabawy. Moze jest to "uboj rytualny" dla krwi?
    Niekoniecznie jest to nakrecanie sie "wysysaczem koziej krwi".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, niezły argument :), samo nakręcający się Barski :-). Adler, jasne "ubój rytualny" :-), wejść komuś na posesję łapać daniele, bo przecież one nie stoją i nie czekają, a potem rozcinać im szyje aby spuścić krew do miski :), tak aby nie było śladu. Albo łobuzerski wybryk "młodzieży". To jest dopiero SF :).
      To co napisałeś to jest właśnie wyparcie, lepiej jest wymyśleć jakiś " nocny ubój rytualny", lub wybryk zdziczałej młodzieży, niż przyznać że coś może być na rzeczy.

      Usuń
    2. TA-DA ! I przybywam.
      Biały Orle, choć w nazwie Czarny, wymieniłeś moje imię /drugie/ więc przybywam z peronu 8 i 3/4.
      Naprawdę myślisz, że nie dam się przekonać argumentami i widzę tylko to co chcę ? Czy też kolejny raz mnie prowokujesz ?

      W bieżącym temacie widzę trzy wątki:

      1. Obcy
      2. Puma/pantera
      3. Krasnal

      Szukamy skomplikowanych rozwiązań tylko nie prostych.

      Ad. 3
      Liczyrzepa (Duch Gór, Karkonosz, Rzepiór, Rzepolicz, niem. Rübezahl, czes. Krakonoš, Krkonoš) – bohater licznych legend związany z obszarem Karkonoszy. Ostatecznie - patrz pkt 1.

      Ad. 2.
      Pantera/puma mogła uciec z cyrku lub Ruskie ją na handel przywiozły i nie shandlowały, to ja wypuściły. Łapano już kobry, pytony, gorule, aligatory, czemu nie pumy ?

      Ad. 3
      Hmm, ktoś kiedyś ładnie odpowiedział na pytanie czy są Obcy i ja się tego trzymam, cytując z pamięci:
      "Gdyby nie było życia poza Ziemią, to byłoby to OGROMNE marnotrawstwo przestrzeni".


      ========
      P.S. Pozdrowienia Zdolnego Śląska !

      Usuń
    3. Liczyrzepa był Demonem, nie Krasnalem :) Miał kopyta i w ogóle :) Potrafił serce ukochanej wyrwać ręcznie za nieposłuszeństwo i cisnąć nim w skałę ;)

      Usuń
  10. Nie pokosilibyście się, na poszukanie jakichś laboratoriów eksperymentalnych/genetycznych, niekonieczne w pobliżu
    zaistniałego zjawiska?
    Mawiają przecież, że pod latarnia najciemniej.
    Nie sądzimy chyba, ze u nas nic podobnego nie ma miejsca,
    tj.żadne doświadczenia typu para-. W końcu w dawniejsiejszych
    czasach Kraków należał do czołówki europejskiej, jeśli nie światowej w tematach dosyć magicznych (oczywiście nauki te przywędrowały nie skąd indziej, jak z wysp)
    Nie zapominajmy też o tym, że sama natura (niebiosa) jest najlepsiejszym genetykiem pośród innych chadzających po ziemi.
    No ale przecież wiadomym jest nie od dziś, że najprościej zwalić winę na ufo, czy coś w jego deseń.

    Wojtek,
    a ten odcisk dłoni na szybie samochodu, to był pot, czy jakaś inna materia? Wiadomo coś konkretniejszego w tym temacie, czy wrzuciłeś to raczej jako ciekawostkę ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ten odcisk to pot i łzy Doroto ;)

      Usuń
    2. Nic nie wiem na ten temat więcej, miałem tylko relację świadków i zdjęcia auta, tak jak napisałem wg. świadków i kierowcy auto na prostej drodze w środku miasta trzepnęło w coś, następnie zjechało, wskoczyło na tory i zatrzymało się około 1m od stojącego na przystanku tramwaju. jeden ze świadków zrobił zdjęcia. Auto jechało z otwartymi szybami, w środku auta i na aucie było full kurzu jakby ktoś trzepnął w worek od odkurzacza.

      Zaciekawiły mnie uszkodzenia auta bo tak jak napisałem, zbity przód , wgnieciona od góry maska i dach. A według Świadków auto w nic nie uderzyło , widać było że nie dachowało. To jak doszło do takich uszkodzeń??. Świadkowie usłyszeli bum , potem auto pojechało po torach i stanęło. Na jednym ze zdjęć był ten ślad. Zapodałem to jednemu z kolegów reporterów, ale nic nie odkrył, albo ja już nie pamiętam co tam dalej, bo się takimi sprawami nie zajmuję. Wrzuciłem do archiwum i pozostało do dziś.

      Usuń
    3. Dzięki za dopiskę Wojtku.
      Z tego co wiem, już dawno wymyślono czapkę niewidkę, a i wiadomo jużci wszem i wobec, że używane są też tzw.peleryny niewidki. W sieci mona znaleźć filmiki z nimi. Taką pelerynkę używał np. Harry Potter--a film przecież sprzed kilku ładnych lat.
      Dzisiaj można przypuszczać, że co niektórzy mają już cale kombinezony do dyspozycji, więc nie dziwmy się zbytnio, jeśli któregoś, niekoniecznie pięknego dnia stanie nam na drodze niewidzialna ściana, lub walnie nas po grzbiecie jakieś nic zza węgła :)

      Obiektu mającego zawrotną prędkość nie zauważymy, ale możemy go jak najbardziej odczuć, bądź usłyszeć. Nie spostrzeżemy go, ponieważ nasze oczy rejestrują tylko określone częstości drgań.
      Może trochę rozświetli temat ten filmik
      http://www.youtube.com/watch?v=lfR3Ri63Mp8

      @Schwarz Adler
      ja też to czarno widzę w tym przypadku :)

      Usuń
  11. W zamian za zamęt wprowadzony przeze mnie na bloga :) opiszę skrótowo, co mi się przytrafiło kilka lat temu.
    W żaden sposób nie było to spowodowane kompleksem Riese, ponieważ w tamten czas nie wiedziałam nawet o jego istnieniu. Przy okazji ukłony dla Karola, bo dzięki niemu właśnie trafiłam tutaj i nieco liznęłam wspomnianego tematu.

    A więc...
    leżąc sobie już smacznie w łóżku-jako ze spałam wówczas we wnęce- spostrzegłam jednym okiem kulę średnicy około jednego metra, której połowa objętości przelazła mi do mieszkania przez ścianę pod oknem.
    Tzn. połowa była w mieszkaniu, a polowa na zewnątrz (założyłam, że miała drugą połowę).
    Zastanawiające do dzisiejszego dnia jest dla mnie to, ze ona świeciła, ale nie oświetlała wnętrza! To było dziwne zjawisko dla ziemianina.
    Kilka miesięcy temu natknęłam się gdzieś na podobny i jak dotąd jedyny taki opis przedstawiony przez osobę, która doświadczyła podobnego zjawiska. Coś świeciło w relacji tej osoby, podobnie jak w moim przypadku, ale nie oświetlało otoczenia.
    Kolor tej kuli określiłabym na księżycowy.
    Najdziwniejsze jednak było to, co czułam i jak zachowałam się podczas tej wizyty.
    Mogę nazwać to jako swoisty paraliż, choć nie powodowany strachem. Leżałam nieruchomo, ale nie pod przymusem.
    Miałam wrażenie, jakby obiekt ten kopiował moje uczucia , myśli i doświadczenia; chociaż, może właściwsze byłoby określenie --kopiowanie ze mnie wszystkiego czego doświadczyłam/co wiedziałam/co i jak rozumiałam/, i czym byłam całą sobą w tamtym czasie.
    Kiedy mrugnęłam okiem (no bo ile można wytrzymać bez mrugnięcia), zniknęła tak samo bezgłośnie jak się pojawiła...i tyle ją widziałam :)
    Pozostał po tej wizytacji niedosyt i cała sterta pytań.
    Kontynuacja zbierania info nastąpiła po około dwóch latach...:)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście nic tak naprawdę oprócz tego kota nie widziałem, ale znam wiele opowiadań poważnych ludzi, którzy widzieli zarówno kolorowe kule, jak i o dziwo krasnoludy.
      Moje podejście do sprawy jest takie, jak mówią że widzieli to znaczy że widzieli, bo jakiż miała by cel jakaś poważna kobitka lub facet których dobrze znam w opowiadaniu opowieści dziwnej treści. A że ja nie widziałem?,nie widziałem wielu rzeczy jeszcze co nie oznacza że one nie istnieją.

      Jest podobno takie określenie, że czego nie ma w TV i Goggle to nie istnieje :). Uważam że dość mylne jest to określenie.

      Usuń
    2. Odnośnie tzw. krasnali czy jak ich tam zwał , również znam kilka relacji z pierwszej ręki. Jedną z osób jest ksiądz, więc ten na pewno nie kłamał, ale powiedział mi dyskretnie bo kolega od czasów dzieciaka. W skrócie - jak był wikarym na wsi, zamykał kościół wieczorem, ale weszła jakaś babuleńka pomodlić się. Czekał pod kościołem bo wygonić i popędzać nie wypadało. Z kościoła wyszedł zamiast niej ...krasnal. Nie sądzę żeby kłamał, na temat tego zajścia nie miał zdania co to było.

      Usuń
  12. Myślę, że jednak każdy z nas coś 'niezwykłego' widział, ale najnormalniej tego nie zarejestrował, nie załapał.
    Wiedzcie także, że nie podniecam się tymi zdarzeniami, które mi się przytrafiają. Przyjmuję je do wiadomości i tyle.
    Nie wiem i nie rozumiem jeszcze dlaczego akurat mnie to się przydarza, a co istotniejsze -w jakim celu, czy z jakiego powodu to się dzieje. Wprawdzie mam pewne podejrzenia, ale to tylko podejrzenia, czyli coś jakby palcem na wodzie pisane.

    Robiąc poprzedni wpis, chciałam zasygnalizować, że takie zjawiska mają miejsce także u nas, że nie są one domeną jedynie krajów zachodnich czy zamorskich. Dobrze jest przecież wiedzieć, że coś jest grane, że coś się dzieje.

    Medart,
    obiecałeś napisać swoją historię, a nadal jakby makiem zasiał... czy mógłbyś ?
    (wprawdzie nie mnie obiecałeś, ale pozwoliłam sobie przypomnieć)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz więcej chętnych jak widzę ;)
      Zrobiło się tu nam spore grono miłośników "opowieści niesamowitych". Teraz Wojtek powinien przynieść kiełbaski i coś mocniejszego, byśmy wkrótce wspólnie przy blasku ogniska zanurzyli się w tajemniczy świat gawęd. Hmm...w sumie fajnie by było, gdyby tylko nie dzieliła nas ta bezduszna przepaść netu.

      Dorota- szepnę Ci na ucho...zaglądaj na mojego bloga, a Twoja ciekawość zostanie niebawem zaspokojona ;)

      Usuń
    2. Dokładnie to przyszło mi do głowy, ale już po wysłaniu posta, tj. że napiszesz, ale u siebie.
      Dzięki za info :)

      Usuń
    3. Medart, tych opowieści o znikających dziadkach w tunelach, strażnikach,i innych dziwnych sprawach jest tyle, że jak bym tak zasiadł do tych opowieści to drewna do ogniska w promieniu 5km by zabrakło :-), nie wspominając o piwie ;).

      Usuń
  13. Witam,
    Ja jeszcze w kwestii okaleczeń zwierząt. Jak napisałem w poprzednim poście, mieszkam kawałeczek od Gór Sowich, a konkretnie w Opolu. Pamiętacie być może dość mocno nagłaśnianą przez ogólnopolskie media z początkiem 2008 roku sprawę pojawiania się na terenie Opolszczyzny dużych dzikich kotów, nie będących raczej rodzimymi mieszkańcami naszego kraju. Tak się składa, że posiadam kilku znajomych, którzy pasjami oddają się łowiectwu. Jak powiedział mi kiedyś jeden z nich, najlepiej potrafią ustrzelić buteleczkę jarzębiaczku, niemniej uczestniczą w imprezach organizowanych przez koła łowieckie, współpracują ściśle z lasami państwowymi itd.
    Ponieważ początkowo uznałem sprawę za swojego rodzaju kaczkę dziennikarską (był to niemrawy przełom stycznia i lutego 2008, prawie jak sezon ogórkowy), przy okazji spotkania z jednym ze znajomych - myśliwych, zapytałem go, jak to jest z tymi pumami? A była to już wiosna - gdzieś tak koło kwietnia, w międzyczasie wielokrotnie miało się okazję oglądać reportaże w telewizji czy przeczytać coś na ten temat w prasie. W naszym województwie powołano nawet sztab kryzysowy, bo bezkarne, nieuchwytne i bezczelne kociarstwo zaczęło poczynać sobie coraz śmielej. Znajomy w całkiem prywatnej rozmowie potwierdził, że dzikie koty są, istnieją, nie jest to tym razem ściema. Pracownicy leśni, myśliwi i zwykli mieszkańcy co rusz natykają się na ślady bytności tych zwierząt, ba - coraz więcej jest zeznań naocznych świadków, a nawet amatorskich filmów przedstawiających wielkie koty na wolności:
    https://www.youtube.com/watch?v=FQTJK1rGtNU
    https://www.youtube.com/watch?v=m4X75DV0AoI
    Według słów znajomego, koty owe pochodziły z jednej z prywatnych hodowli typu safari po stronie czeskiej, gdzie na skutek błędu obsługi przy transporcie zwierząt, aż 8 sztuk wydostało się na wolność. Cztery z nich podobno zostały szybko odłowione jeszcze w Czechach, los pozostałej czwórki pozostawał nieznany. Ponieważ jednak sprawa nie była błaha, polscy pogranicznicy podobnież byli poinformowani przez stronę czeską o możliwości dotarcia kotów na polską stronę. I rzeczywiście - pierwsze doniesienia pochodziły z położonej na południowych, dość słabo zaludnionych krańców Opolszczyzny, a konkretnie z miejscowości Głubczyce. Kolejne - już w odległości nie większej niż 30 km na południe od Opola - z Krapkowic i Strzeleczek, a nawet z lasów prószkowskich, gdzie kot przebiegł po dachu auta naocznego świadka. W Strzeleczkach również dochodzi do bezpośredniej obserwacji wielkiego kota, który w kilkanaście minut pozbawia jednego z rolników części inwentarza. Znajomy wspomniał, że służby leśne posiadają już zezwolenie na odstrzał zwierząt bez prób ich odłowienia, że jako człowiek związany dość silnie z lasem nieraz miał już okazję oglądać efekty "pracy" kociaków: duże zwierzęta typu dziki, sarny rozpłatane jednym wprawnym pociągnięciem pazurów, czasem, ale rzadko - lekko nadjedzone w co smaczniejszych fragmentach. W porozumieniu ze specjalistami, m.in. pracownikami opolskiego zoo, a także uczestnikami wypraw do naturalnych miejsc bytowania tego typu zwierzyny (np. Afryki i Azji) oraz zoologami zaczęto poznawać zachowania tych zwierząt (a wciąż nie do końca było wiadomo, z jakim konkretnym gatunkiem mamy do czynienia). Wszystko oczywiście po to, aby zapobiec bezpośredniej konfrontacji kociaczków z człowiekiem. Ogłoszono zakaz wstępu do lasów w okolicach Prószkowa, Krapkowic i Kędzierzyna-Koźla, zachęcano do powstrzymania się od spacerów o zachodzie słońca, zwłaszcza przebiegających w pobliżu granic lasów i otwartych terenów itd.(cdn.)

    OdpowiedzUsuń
  14. (cd.)Znajomy nakreślił mi również "profil psychologiczny" tego rodzaju zwierza. Typ wieczorny, samotnik, zwierzę terytorialne, przy czym jego terytorium może mieć promień kilkudziesięciu kilometrów i o tyle swobodnie w czasie nocy może się przemieścić, stąd pewnie ślady (tzn. zwłoki;) znajdowane w znacznych odległościach. Ponieważ typ terytorialny, więc wykończy każdego intruza nie z głodu, a dla zasady - "Ordnung muss sein". Podobno na jakiejś polance znaleziono po jednej nocy kilkanaście dzików wykończonych w sposób systematyczny - olbrzymie rany cięto-szarpane, duszenie za kark i grdykę - krótko mówiąc jatka. Znajomy twierdził, że jeśli chodzi o dziki to akurat dobrze, bo rozpleniły się latoś strasznie i mocno idą w szkodę. Jednocześnie powtórzył, co mówili leśnicy - z czasem tego typu zjawisk będzie coraz więcej. Coraz więcej prywatnych hodowli, przemyt różnej maści zwierząt egzotycznych - bo to w latyfundiach współczesnej magnaterii już żaden cymes trzymać rasowego psa, ale tak np. lamparta? Nierzadko takie przeznaczone na handel zwierzę z braku zbytu, niemożności utrzymania czy w obawie nalotu policji jest porzucane - np. niedawno z jednego z podopolskich jezior wyłowiono metrowego krokodylka;)
    Mało tego - gdzieś tak na wiosnę 2011 akurat wybrałem się na weekend w Sudety. Akurat błąkałem się na moto po Górach Stołowych i zrobiłem krótki postój na polance w rejonie Batorówka, tam gdzie krzyżują się Czarny Trakt i Praski Trakt. Piątek pod wieczór, pusto, zdjąłem kask i poszedłem pod krzaczki podregulować płyny, gdy wtem poczułem na sobie czyjś badawczy wzrok. Ja patrzę, a w odległości kilkunastu metrów na asfalcie stoi RYŚ kubek w kubek taki jakiego niegdyś widziałem w białowieskim zoo. Całkiem spory. Popatrzył, obrócił się i po paru krokach rozbiegu wyciął takiego susa, że naprawdę pokonanie wysokiego ogrodzenia nie stanowiłoby problemu. No nic, nockę spędziłem na polanie YMCA, z rana Drogą Aleksandra wjechałem na Błędne Skały. Akurat było tam dwóch "leśnych" z Narodowego Parku Gór Stołowych, więc pytam, czy to normalne zobaczyć rysia w tych rejonach? Okazało się, że znów Czesi prowadzą całkiem państwową hodowlę rysiów i w wieku młodzieżowym wypuszczają bractwo do lasu, w związku z czym w rejonie Gór Stołowych i Bystrzyckich kilka sztuk przybyłych z czeskiej strony już się zadomowiło i tylko patrzeć jak zaczną przechodzić w na drugą stronę Kotliny w Masyw Śnieżnika i Góry Bialskie, a tam jest kilka hodowli owiec swobodnego chowu, więc młoda jagnięcinka dla takiego rysia - mniam. Niedługo potem na portalu "Nasze Sudety" natrafiam na reportaż ze zdjęciem rysia podróżującego centralnie drogą 387 czyli Drogą Stu Zakrętów, uchwyconym przez jakiegoś turystę.(cdn.)

    OdpowiedzUsuń
  15. (cd.)No i na koniec mała bomba. Pod koniec 2008 roku doniesienia o pumach(?) z Opolszczyzny stopniowo znikają z mediów, sprawa ulega zapomnieniu. Nikt jednakże nie przedstawia nigdy później takiego zwierzęcia padłego z przyczyn naturalnych, odstrzelonego, czy złapanego. Znajomy myśliwy również zapytany odpowiada, że w tej chwili zdarza się leśnikom znaleźć ogryzione ślady "uczty" drapieżników, ale już nie tak często i nie wiadomo, czy to choćby nie zdziczałe psy zagryzły sarnę czy dzika. Twierdził, że koty przeniosły się dalej na zachód i północ. Tak mijają kolejne dwa lata - jest koniec października 2010. Pewnej niedzieli wracam krótko przed północą na moto z trzydniowej wycieczki po górach. Mam taki dziwny zwyczaj, że rzadko wracam do domu prostą drogą, a tym razem zniosło mnie z okolic Prudnika w kierunku Krapkowic, gdzie uzupełniłem paliwo. Mam też w zwyczaju na kilkanaście kilometrów przed domem zrobić dwa-trzy kwadranse postoju - tak było i tym razem - zatrzymałem się przy węźle autostrady A4 i drogi 45. Jest tam wzdłuż nasypu taka asfaltówka, która podczas budowy wiaduktu służyła jako droga zastępcza i tak już została. Kilkaset metrów od tego miejsca, w pobliżu miejscowości Rogów, nakręcono drugi filmik z umieszczonych powyżej, z jasnym kotkiem. Stoję, pałaszuję resztę przygotowanego rano prowiantu, jest tam jasno, bo latarnie z autostrady świecą. W końcu stwierdzam - komu w drogę, temu kopa. Grzeję silnik, zakładam kask i w drogę. Najpierw asfaltówką do wyjazdu, potem w prawo w kierunku Opola. Stałem tam milion razy, pora późna, samochodów zero, nawet autostradą jadą pojedyncze sztuki. Godzina gdzieś tak 0:40. I gdy wjeżdżam na 45-kę, spadają mi kapcie! Oto po drugiej stronie drogi, przy barierce, w świetle reflektora, widzę sunącego w tym samym kociaczka! Dosłownie o szerokość drogi od siebie! Ale jaki kot - wysokość w kłębie mniej więcej taka jak barierka, długość nawet nie wliczając ogona konkretna, umaszczenie jasne piaskowe, włos krótki, ogon długi! Ruszyłem ostro naprzód, a zwierz rzucił tylko leniwe spojrzenie, wcale nie mając zamiaru uciekać - dalej szedł przed siebie, jakby na drugą stronę autostrady, chociaż jest tam tunel dla zwierząt. No tak, ale przecież na tej starej asfaltówce stałem u wylotu tego tunelu! Byłem tak blisko kota, że zauważyłem nawet, że jego pysk jest zdeformowany - jakby rana odniesiona w walce z innym zwierzęciem, albo po prostu spotkanie z jakimś autem... Nie muszę mówić, że mimo październikowego chłodu do samego domu grzała mnie kupa w spodniach - przecież ja nie zdawałem sobie sprawy z obecności zwierzęcia, sam na pewno byłem przez nie dokładnie namierzony. Żebym chociaż był samochodem, bo na motocyklu mógłbym w razie "W" co najwyżej spakować się do kufra...(cdn.)

    OdpowiedzUsuń
  16. (cd.)To znaczy, że kot jest! Niemalże trzy lata od ucieczki zadomowił się, przyczaił - warunki cieplarniane, pożywienia w bród. Bo oczywiście nie dam się przekonać, że z kilku metrów widziałem psa, sarnę, czy inne "krajowe" zwierzę. Wielki płowy kot jak w zoologu! Na pewno nie lew - za mały. Ale mięsisty. Stąd opowieść Wojtka mnie nie dziwi - naprawdę trudno takiego osobnika pomylić z psem, kto wie, może widział tą drugą, czarną opolską pumę. Czeska granica też blisko - może im coś znów uciekło, bo podobno w Czechach takie hodowle są dość modne. Chyba jednak nie ryś, bo jest raczej jasny i ma krótki ogon. A może ktoś coś celowo wypuścił, żeby się ludzie po Sowich nie kręcili ;)
    W każdym razie myślę, że rozważając powtarzające się okaleczenia zwierząt gospodarskich, trzeba również brać pod uwagę możliwą obecność tego typu osobników. Za każdym razem brak uszkodzeń wysokiego ogrodzenia, głębokie rany cięto-szarpane. Brak krwi przy danielu z przeciętą szyją z filmiku na początku posta - może fotkę wykonano nie w miejscu znalezienia zwierzaka, a przemieszono go już po zakrzepnięciu krwi w ranie. Ślady łapy i pazurów na ziemi też do kota pasowałyby najbardziej. Sposób działania również typowy, zwłaszcza dla młodych osobników, dla których wykończyć kilkadziesiąt zwierząt i jeszcze pobawić się zwłokami to po prostu dobra, szczenięca zabawa.
    Uff - się rozgadałem...
    Pozdrawiam,
    MP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak,to by wyjaśniało koty, lecz nie wyjaśnia kul i krasnali :)

      Usuń
    2. Piękne sprawozdanie.
      Fakt MPACK71, rozgadałeś się,
      ale ja przeczytałam wsio prawie na bezdechu :)

      Zatargi z południowymi sąsiadami to my mamy (coby nie ściemniać) już od wieków, więc najwyraźniej jeszcze nie odpuścili do końca.
      Jakoś nie chce mi się wierzyć, ze nie ma w XXI wieku sposobu na odłowienie kilku zbiegłych zwierząt...ech, ech ten mysląco-myślący człowiek.

      Usuń
    3. Eeee... Mój rozmówca - myśliwiec, skądinąd poważny, w sile wieku człowiek, lekarz, nadawał mi o tych pumach i ich zwyczajach ładne dwie godziny - i tak starałem się streszczać ;) W każdym razie stawiano pułapki, używano nawet kamer termowizyjnych i... nic. Podobno takie zwierzę potrafi przywarować nawet na kilka dni, porusza się od wieczora d świtu, pokonując znaczne odległości. Póki jest młode, harcuje ile wlezie, potem poluje już wyłącznie dla pożywienia, lub własnego bezpieczeństwa - stąd mniej śladów jego bytności. Podobno groźne może się stać ponownie u schyłku życia, kiedy nie będąc w stanie czegoś złapać, pójdzie na łatwy łup w postaci domowego inwentarza.
      A Czechów nie ma co winić - po prostu takie prywatne hodowle są u nich bardziej popularne, z fundowanych nam rysi jestem nawet zadowolony.
      Słyszałem też ostatnio, że nasze, opolskie władze kombinują nad zainstalowaniem w Górach Opawskich ze dwóch parek niedźwiedzi z Tatr. To dopiero będą przeboje - niskie góry, stosunkowo mały obszar, pełno szlaków pieszo-rowerowych, w zimie narciarze, wokół turystyka i rolnictwo - trzeba będzie dobrze pilnować koszyków z wiktem ;)

      Usuń
    4. I tu powinniśmy się nauczyć rozpoznawać gatunki niedźwiedzi , podam jeden ze sposobów :

      Zakradamy się po cichu do śpiącego niedźwiedzia i kopiemy go mocno w przyrodzenie :), a potem uciekamy.

      Jak zaczyna nas gonić, a my uciekamy i nie ma w promieniu 10 kilometrów drzewa gdzie można się wspiąć, to oznacza że jest to Niedźwiedź Polarny.

      Jak uciekamy, wspinamy się na drzewo a on wspina się za nami, to oznacza że to Niedźwiedź Brunatny.

      Jak uciekamy, wspinamy się na drzewo a on nie wspina się za nami tylko trzęsie drzewem co byśmy spadli, to oznacza że jest to Niedźwiedź Grizzly.

      A jak zaczyna od razu płakać to oznacza, że jest to Miś Coralgol, największa du...a wśród niedźwiedzi :-)

      Usuń
  17. Wojciech, nie to żebym był złośliwy ale zdaje się, że wrzesień mamy a nie...."kwiecień" ! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co, krasnale Ci się nie podobają ? :-), a i kwiecień to przeplata trochę zimy trochę lata ;-).

      Usuń
  18. Wojtku pisałem o kuguarze to zamienna nazwa pumy ale masz dystans i to u Ciebie cenię. :-)

    OdpowiedzUsuń
  19. O Rysiach to i w mojej okolicy jesienią ubiegłego roku zrobiło głośniej kiedy ktoś przyuważył to zwierze w okolicach Przełęczy Okraj :) Leśnicy z tego powodu są bardzo zadowoleni bo podobno to świadczy o ilości zwierzyny w lesie oraz o jego czystości. Coś w tym musi być bo i u mnie na wiosce od 2 lat pojawiają się pstrągi w strumyku w coraz większej ilości :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja zaś natrafiłem na coś takiego - zwróćcie uwagę zwłaszcza na ostatni post na pierwszej stronie:

    http://www.koty.pl/forum-dyskusyjne/go:temat/art6,6540,1,rysie-karakale-i-serwale-jako-koty-domowe-.html

    Nawiasem mówiąc, całkiem niezły biznes. Oby tylko późniejszy właściciel trzymanie takiego psotnika nie udźwignął, zanim ten da nogę.

    OdpowiedzUsuń

  21. A tu coś o Zlocie w Walimiu poczytałem, ciekawy pomysł z tymi smartfonami.
    Chyba po Małej Sowie będzie spacer.

    "Zlot jakiego jeszcze nie było.

    Bierz wykrywacz i stań do walki !

    Pomóż nam wyjaśnić jedną z tajemnic Gór Sowich.

    Pierwsze w historii zastosowanie aplikacji mobilnych w poszukiwaniach.

    Zapraszamy na VI Zjazd Eksploratorów Walim 2013 – zjazd, jakiego jeszcze nie było!

    Góry Sowie kryją jeszcze wiele tajemnic, a my postawiliśmy sobie za cel próbę wyjaśnienia jednej z nich.

    Podczas tegorocznego zlotu eksploratorów w Walimiu, podejmiemy próbę stworzenia w sposób bezinwazyjny mapy zagęszczenia metalowych śmieci, których ogromne ilości pozostają po każdym placu budowy (gwoździe, śruby, druty, guziki, nakrętki). Obraz zagęszczenia metalowych śmieci powstanie dzięki specjalnie do tego celu zaprojektowanej aplikacji, odczytującej sygnały GPS i nanoszącej je na mapę. Można przypuszczać, że miejsca, gdzie będą występowały te zagęszczenia, to poniemieckie place budowy, w pobliżu których mogą się znajdować zamaskowane sztolnie. Jednakże mogą to też być stare, już niewidoczne, dzikie wysypiska śmieci, tereny byłych gospodarstw, magnetyczne urobki sprzed wieków czy też złoża rud darniowych – analiza otrzymanych rezultatów stworzy szerokie pole do interpretacji. Jeśli wyniki okażą się obiecujące, to w przyszłym roku podczas zlotu rozpoczniemy wspólne poszukiwania już w konkretnych, wyznaczonych miejscach.

    Jak będą przebiegać prace poszukiwawcze? Wybrana góra podzielona będzie na sektory, a przebadaniem każdego z nich zajmą się ekipy poszukiwawcze wyposażone w wykrywacze metali i telefony z systemem Android, na który wcześniej trzeba będzie pobrać aplikację. Poszukiwacze zostaną podzieleni na ekipy składające się z czterech osób z wykrywaczami oraz jednej ze smartfonem. Osoba z telefonem będzie zgłaszać za pomocą aplikacji każdy sygnał dokładnie w miejscu jego zaistnienia oraz synchronizować dane z centralą obliczeniową, dzięki czemu powstanie mapa zagęszczenia sygnałów."

    http://ioh.pl/aktualnosci/vi-zjazd-eksploratorw-walim,590/


    OdpowiedzUsuń
  22. Swego czasu dobrym biznesem była hodowla i eksport do Czech papug ;)
    A co do off-topa Jusifa, to widzę, że organizator liczy na darmową siłę roboczą... Ciekawe ilu ludzi się na to nabierze...
    I jeszcze chciałbym zobaczyć jak ten ich sprzęt się sprawdzi, bo według mnie nic nie zastąpi normalnego data-loggera...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ? Będziem o skrzatach i czupa-czupach pisać, jak tu bardziej realna robota jest do zrobienia.
      "... organizator liczy na darmową siłę roboczą. Ciekawe ilu ludzi się na to nabierze..."
      To jest niewłaściwe patrzenie. Właśnie ja bym chciał coś od siebie dać G. Sowim, trochę swojego czasu i energii. Wcale nie myśląc o byciu wykorzystywanym. Skąd "Historycznym Sudetom" taki pomysł zawitał do głowy ? Przecież nawet tu się udzielając na temat, chcesz coś osiągnąć, zrobić dla wyjaśnienia tajemnicy "Riese", i też za frico. A ja będę przeszczęśliwy mogąc coś w "realu" zdziałać. Nawet wykrywacz, pierwszy w życiu, sobie pożyczyłem. Tylko kurde ciągle mi skubany piszczy, ogarnąć go nie mogę, nic tylko złoto i srebro wszędzie wokoło. ;-))) A tam będziem gwoździ szukać.

      Usuń
    2. Rozczaruję Cię, ale to jest jak najbardziej właściwe patrzenie przez Historyczne Sudety.
      Historycze, masz u mnie plusa :D

      Usuń
    3. Jusif, z całym szacunkiem, ale ja bardzo chętnie wezmę udział w takiej akcji o ile będzie odpowiednio przygotowana (używanie aplikacji na Androida, która Twoje położenie wyznacza na podstawie łącza internetowego a nie sygnału GPS nie jest wystarczające ani tym bardziej profesjonalne)i przede wszystkim nie będę musiał za wykonaną przez SIEBIE pracę płacić. Ja mogę wziąć udział w takim szukaniu, jeśli po zakończeniu wspólnie przeanalizujemy wyniki i ktoś w podziękowaniu uściśnie mi dłoń. Bo jeśli to ma wyglądać tak, że ja zapłacę 60 zł za bilet wstępu do Rzeczki i Grodna (który i bez zlotu mogę kupić w "pakiecie"), możliwość połażenia z wykrywką po polu i kiełbaskę wątpliwego pochodzenia, a ekipa organizująca zlot zbierze wszystkie dane i będzie miała zrobioną w jeden dzień robotę, którą oni sami robiliby przez rok to ja dziękuje. Równie dobrze mogę tam połazić i na koniec wystawić im fakturę za 500 zł/godzinę ;) Bo co jak co, ale czyjąś pracę i czas trzeba szanować, a swoją przede wszystkim :)
      Pozdrawiam,
      Kondi :)

      Usuń
    4. Tak sobie czytam i myślę, że organizator chciał w jakiś sensowny sposób zagospodarować tych uczestników. Wiadomo już po wielu zlotach, że wywożenie tą taczuszką kamieni ze sztolni przez te dwa dni nijak ma się do tego zawału :).
      Jest teraz następny zlot więc wymyślono dla tych ludzi jakieś inne zajęcie. Na innych zlotach poszukiwawczych zakopuje się fanty pod ziemią i wtedy szuka, jest frajda :).
      Tutaj próbuje się połączyć takie poszukiwanie z określeniem jakiś większych skupisk metalu. Nie traktował bym tego w jakiejś formie, nie wiem, naciągania czy żerowania. Ot zabawa i tyle. Tym bardziej że nie trzeba się za bardzo na poszukiwaniach znać bo szuka się żelastwa. Czyli kopanie praktycznie jak zapiszczy to kopiemy. Taka zabawa na świeżym powietrzu.

      Usuń
    5. Konrad, co do tego to jestem zgodny:

      "Bo co jak co, ale czyjąś pracę i czas trzeba szanować, a swoją przede wszystkim :)"

      Tym bardziej że jak coś robi człek komuś za free to zwykle nie jest to właściwie docenione :).

      Usuń
    6. Z całym szacunkiem, ale dla mnie jest to znalezienie "murzynów", którzy odwalą czarną robotę i jeszcze za to zapłacą :D

      Usuń
    7. Nawet gdyby, to są ich pieniądze i nie mnie oceniać na co chcą je wydać :-).

      Usuń
  23. http://www.bardo.info.pl/niesamowitehistorie.html

    jedną z opowiastek sprawdzałem , miejsce dość ciekawe i jest w tej opowieści ziarnko prawdy.

    OdpowiedzUsuń
  24. Mi sie coś dziwnego w lesie przydazyło, ale to wyjątek bo na codzień nic sie nie dzieje. Ponieważ lubie sobie pbiegać po lesie, a zimą nie jest tak latwo z powodu ciemnosci, wiec jak jest śnieg mimo zmroku jak moge to ide, bo widać co sie ma pod nogami. Pora kolacji więc ruszyłem dać dyszke, ciemno, spory minus snieg 5 kilo wgłab lasu, robie kółko na petli i wracam, po prawej srtonie katem oka widzie błysk swiatła, ok, paredziesiąt mettrow i znow to samo, ok, skrecam i znow z prawej strony blysk swiatla, myśle sobie pewnie na nartach ktos daje z latarką na glowie, kilka osob tak sport zimą u mnie uprawia, sto czy 200 metrow dalej tym razem zlewej strony katem oka widze blysk swiatla, sek w tym ze ani z lewej ani z prawej strony nikogonie mialo prawa być ze wzgledu na ukrztaltowanie terenu, znam miejsca, jak jiest jasno i sucho to po skarpach ciezko tam isc, ok biegne dalej, doslownie kawalek, patrzac prosto na "pierwszej", czyli na wprost troche na prawo, 10 metrow moze i z 1 czy 2 metry nad ziemia blysk swiatla, przed drzewem punktowo, już byłem spaniany sporo, a dodam ze nikogo nie widzialem i nic nie slyszalem, przez kolejna chwile mialem spokoj, nagle widze jakies swiatlo zza plecow, zbiegam na bok bo to droga do lesniczowki i rowerzysci czesto jezdza, moze jechac samochod badz rower, obracam glowe i nic, pusto, nikogo niczego, zatrzymalem sie i lukalem ale nic. Ja to zwalilem na mózg, ale fakt, że przyspieszyłem i z lasu wybieglem posrany.

    OdpowiedzUsuń
  25. Jak wspominałem podobnych opowieści mam kilka z czasów jak sporo przebywałem w terenie + kilka od kolegów z pierwszej ręki. Nie często dzielę się nimi, a fora typu wróżka.pl i inne ezo omijam z daleka, bo za dużo tam młodzieży i osób nawiedzonych, co wiedzę czerpią z pudelka i innych ufo-relacji co stawia pod mocnym znakiem zapytania ich wiarygodność. Tutaj większość osób chociaż trochę znam i mam o nich zdanie, że mocno stąpają po ziemii, chociaż mogę się mylić. Co do opowieści Doroty podobną opowieść mam od sąsiadki, tyle , że owa kula nawiedzała ją wielokrotnie, a w jej obecności zawsze ona odczuwała podniecenie i orgazm. W starych książkach to chyba nazywało się inkubus - wampir seksualny. Sąsiadka - żona policjanta , sama również policjantka - raczej twardo stąpająca po ziemii. Najpierw twierdziłem że to piorun kulisty, ale ona tą kulę nazywała "istotą", że jest to jakaś istota ze świadomością.
    W miarę rozwoju wątku opisze kolejne dziwne rzeczy. Następne w kolejce - dziwny obiekt nawet chyba mam zdjęcia na drugim komputerze - sprzed roku z wyjazdu nad Odrę na ryby. Ludzie to za mało w niebo patrzą i nie mam na myśli jakichś kropek wielkiści piksla, tylko większe obiekty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie ciągle zastanawia w jakim kontekście użyto kryptonimu "Anthropoid" w zamachu na Heydricha.

      Usuń
    2. "W miarę rozwoju wątku opisze kolejne dziwne rzeczy..."
      Tak się zadziało, że się nie rozwinął.
      Karol, może skrobniesz coś u siebie w temacie ?

      Usuń
  26. Przypmniałem sobie jedną z podobnych sytuacji, wyszedłem około północy z psem, centrum miasta zapaliłem papieroska i spojrzałem w niebo a tam kręci się świetlny dysk. Patrzę i oczom nie wierzę mózg przez moment szuka, zastyga i szuka do czego to dopasować. Nie ma do czego :), nie ma porównania z niczym co do tej pory się na niebie widziało. I dopiero po chwili jest rozwiązanie, to był reflektor z oddalonej o kilometr dyskoteki. Jest wyjaśnienie. Ale ten moment próby dopasowania tego co się zobaczyło do własnych poprzednich doświadczeń i obserwacji wykazuje, że kiedy człowiek spotyka się z czymś co nie powinno występować to ma dziurę w mózgu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Medart, już się wypowiedział :

      http://medartzasada.blogspot.com/

      Usuń
  27. Do kolekcji możesz dodać dwie kolejne "dziwne" obserwacje z okolic Zobten.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, mogę je dodać do kolekcji dziwnych i nie wytłumaczalnych zjawisk.
      O ile tą drugą w kamieniołomie mógłbym zbagatelizować i złożyć na karb przewidzenia to ta nocna pierwsza przewidzeniem nie była ponieważ było nas dwóch, sam wiesz bo byłeś świadkiem.

      Usuń